niedziela, 7 kwietnia 2013

Ratunek

Rozdział 7

                                                                  Blanka 
Mamy czwarty dzień tygodnia, czwartek. Jestem w Polsce, w Warszawie już tydzień. Siedem okrągłych dni. Ciężkich dni. Mam nadzieje że dzisiaj wszystko się zmieni. Dostanę zlecenie, będę miała mniej wolnego czasu na myślenie. To dobrze. Zmiany są potrzebne. 
- Blanka my dzisiaj, wyjeżdżam pamiętasz? - pyta Filip stając w drzwiach mojego mieszkania.
- Tak - odpowiadam. 
- Na którą masz do tego biura?
- Na 18, Zoja przełożyła spotkanie.
- O, to jeszcze zdążymy cię podrzucić. Chcesz? 
- Nie, dzięki przejdę się.
- Blanka wszystko jest ok? 
- Tak. Dlaczego by miało nie być? - pytam zirytowana
- Jak przyszliśmy w niedziele to byłaś w ubraniu, mówiłaś że spałaś ok, tylko dlaczego płakałaś? - odpowiada pytaniem 
- Nie płakałam- kłamie
- Nie kłam- skąd on wie?- Chcę ci pomóc - zapewnia i wchodzi do mieszkania
- Specjalista się znalazł- burczę 
- Żebyś wiedziała, ukończyłem psychologię na uniwersytecie. 
- Super, naprawdę, tylko niektórym nie da się pomóc - jestem co raz bardziej zdenerwowana 
- Bo oni nie chcą pozwolić - mówi
Zapada pomiędzy nami cisza, ja wpatruje się w dywan, a Filip we mnie. 
Po paru minutach on odzywa się do mnie pierwszy.
- Mów. Po prostu mów, to najlepsze lekarstwo. - nic nie odpowiadam na jego słowa. Siedzę na tej pufie jak zaklęta. Nie mam ochoty się odezwać. Widząc to że nie reaguje, odchodzi w stronę drzwi. 
- Dzwoń gdyby coś się stało lub chciałabyś pogadać - mówi i zamyka drzwi. 
Przez 6 lat nikt się mną tak nie interesował, nie aż tak bardzo, jak przez ten tydzień. Najpierw Tony, później Max a teraz jeszcze Filip. Chociaż mam na kogo liczyć. 
Jest już 16, muszę zjeść i wziąć prysznic. Żeby zdążyć muszę wyjść gdzieś tak 10 po 17. 
                                                          *****
 Wychodzę z mieszkania i widzę że Filip z Tonym właśnie zamykają swoje drzwi. 
- Filip! - wołam- możesz na chwilę? - pytam 
- Jasne - odpowiada i uśmiecha się
- Nie wiem o co chodzi, ale wierze że o coś dobrego, więc idę już do samochodu. Zostawiam was samych. - wtrąca Tony, daje mi całusa w policzek, po czym zbiega po schodach. 
- Słucham - mówi
Nic nie mówię tylko wręczam mu zapasowe klucze do mojego domu. Patrzy na mnie zdziwiony. 
- To na wypadek gdybym znowu potrzebowała pomocy lub po prostu nie chciała rozmawiać czy nie będę otwierać. 
- Ok. Rozumiem że mogę teraz wpadać kiedy mi się będzie podobało? 
- Ufam ci.
- Ja tobie też. Nie szkywdze cię, pamiętaj - zapewnia i mnie przytula
- Dziękuję.
- Blanka nie ma za co. Wiesz jeśli zaraz nie ruszymy z pod tych drzwi to ty się spóźnisz, a na mnie się wścieknie Tony - puszcza mnie i zbiegamy na dół.  
Wsiadając do samochodu życzy mi jeszcze powodzenia. Dziękuję, lecz tak cicho że chyba mnie nie słyszy. Ruszam. Mam ponad pół godziny żeby dojść na miejsce. Idę spokojnie, wolnym krokiem. 
                                                       Janek
- Pysiu, słyszałam że będziesz dzisiaj na imprezie, to prawda? - pyta Angela
- Tak - odpowiadam 
- To super, tak dawno się nie widzieliśmy, ty nie masz dla mnie w ogóle czasu.... 
- Nadrobimy to dzisiaj.  
- Oh, wiesz mamcia mi kupiła taki słodziutki komplecik.... - Angela, tak mówi i mówi i nie może przestać, wcale jej nie słucham. Stwierdzenie Maćka że jest ona pusta, jest prawdą. Tylko że ja nie mogę z nią, tak po prostu zerwać, ona mnie musi do tego sprowokować. Interesy. 
- To jak będziesz? - dopytuje się dziewczyna
- Tak - odpowiadam
- Super! Czekam gorące całusy, misiu! - i w telefonie zalega cisza. 
Po co ja się głupi zgodziłem na tę imprezę. Czasami kompletnie nie rozumiem swoich wyborów.  
                                                       *****
Jest 20, jak zwykle się spóźnię. Jadę swoim pięknym, czarnym audi. Chociaż jest początek kwietnia mam otworzoną szybę. Lubię patrzeć na miasto kiedy jest ciemno. 
- Aaaaauuuuuuuu!!! Puść!!!- słyszę krzyk dziewczyny, szybkim ruchem skręcam do bocznej uliczki z której dochodzą dźwięki.
- Puść!!! - znowu krzyczy, teraz już dokładnie widzę co się dzieje. Jacyś dwaj mężczyźni, nie wróć jakieś dwie pizdy znęcają się nad dziewczyną. Ruszam szybciej w ich stronę, chce pomóc tej nastolatce. Włączam długie światła i przyspieszam jeszcze bardziej. Kiedy zatrzymuje samochód tych dwóch typów już nie ma. Dziewczyna siedzi z głową spuszczona między kolanami, chyba leci jej krew z nosa, plecy ma oparte o murek. 
- Hej! Co się stało? Mogę ci jakoś pomóc? - pytam 
- Już pomógłes. Dziękuję - odpowiada, próbuje wstać, ale nie może utrzymać równowagi, łapie ją nim upadnie. Musieli ją nie źle skopać. 
- Posadź mnie na chodniku - prosi 
Robię więc to co chce.
- Trzeba pojechać do szpitala, zaraz cię zawiozę - deklaruje
- Nie, wszystko tylko nie szpital.
- To do domu. 
- Jest mały problem, okradli mnie i nie mam kluczy.
- Przecież ktoś musi być w domu.
- Mieszkam sama.
- Przepraszam.
- Nie ma za co, w życiu różnie się układa - ma rację, różnie
- To zabiorę cię do siebie, zrobimy ci jakiś okład, zmyjesz tą krew. 
- Nie, nie trzeba jakoś sobie poradzę. 
- To gdzie pójdziesz? 
- Fakt, nie mam gdzie iść.
- Widzisz nie ma dyskusji, jedziesz ze mną, choć do samochodu.
Dziewczyna znowu próbuje wstać. Widzę że nic jej z tego nie wyjdzie, więc biorę ją na ręce. Patrzy na mnie zdziwiona. 
- Doszłabyś? - pytam, uśmiechając się
- Raczej nie - odpowiada 
Sadzam ją z przodu, na miejscu koło pasażera. 
- Dziękuję - mówi. 
- Nie ma za co - powtarzam, wyciągam do niej prawą dłoń - Janek 
- Blanka - odwzajemnia mój gest 
Chce zadać jej pytanie, ale moja komórka zaczyna dzwonić. Dlaczego w tej chwili? 

1 komentarz:

  1. Super piszesz ;D Będę wpadać częściej ;) masz link do mnie http://endoffliess.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń