niedziela, 2 czerwca 2013

Nie

Rozdział 25 


                                                                               Blanka 
- Udusisz mnie - protestuje z uśmiechem Max - Mała, mówię serio. 
- Tak, tak, już. Musisz wrócić taki jak przyjechałeś. - "Odczepiam się od niego" - Dobrze że przyjechałeś.
- Sie wie - uśmiecha się - Blanka teraz na poważnie, dbaj o siebie, dzwoń, ciesz się życiem i kochaj, mała kochaj. - co za powaga
- Tak jest kapitanie! - salutuje 
- Miało być poważnie.
- Nie mogłam się powstrzymać. 
Komunikat o locie do Londynu. 
- Muszę iść.
- Musisz iść. Pozdrów Lene, rodziców i Caitlin. 
- Pozdrów Janka i pamiętaj macie do nas przyjechać.  
- Tak jest kapitanie! 
- Powagi więcej Blanka! 
- Tak, wiem. Idź. Bo zacznę płakać - grożę
- Ja już naprawdę pójdę - ostatnie przytulanie - Trzymaj się. 
- Ty też. 
Odchodzi. Znowu ma późny lot, dopiero o 16. Macham mu na pożegnanie. Nie lubię pożegnań. 
Resztę wczorajszego dnia spędziliśmy na rozmowie o naszych bliskich. Odpowiedziałam mu o balu, clubie i o wszystkim innym co związane ze mną i Jankiem. On odwzajemnił się tym samym, opowiedział wiele o Caitlin i pozostałej części jego życia w Londynie. Cieszylismy się że każdemu z nas się ułożyło, to było bardzo szczere. Bardzo miłe i przyjacielskie chwilę spędziliśmy wczoraj na rozmowach. To było nam potrzebne. Obojgu. 
Nie widzę go już, zniknął wśród tłumu. Wychodzi na to że ja też muszę się stąd ruszyć, nie mam tu już nic do roboty. Odwracam się i podążam w stronę rozsuwanych drzwi prowadzących na zewnątrz. Rozglądam się za taksówką kiedy jestem już na świeżym powietrzu, nie mam ochoty spędzać tu więcej czasu. Mój wzrok pada na czarny, ekskluzywny, samochód, stojący na parkingu po drugiej stronie ulicy. Przyglądam się lepiej żeby nie mieć wątpliwości i dla potwierdzenia sama dla siebie kiwam głową, po czym idę do pierwszych pasów aby przejść na drugą stronę. Nie odzywał się 4 dni, a dzisiaj przyjechał. Uśmiecham się tylko, tylko bo w środku promieniej. Naprawdę jestem zadowolona z faktu że przyjechał. 
Łapie za klamkę od samochodu, jest otwarty, wchodzę. Lecz gdy zauważam kto siedzi za kierownicą, od razu mam ochotę wysiąść, nawet łapie w tym celu, z powrotem za klamkę. 
- Blanka poczekaj, proszę - głos mężczyzny jest dziwnie cichy - Nie chcę zrobić nic złego, ani gorzej powiedzieć na twój temat. Zostań. 
- Tylko po co? - nie mam ochoty oglądać tego człowieka, nie teraz, jeszcze nie. Otwieram drzwi. 
- Blanka naprawdę poczekaj - drugi głos. Trzaskam drzwiami.
- Co to ma być za szopka? Czego chcecie? I skąd wiedzieliście gdzie jestem? - odwracam się w ich stronę
- Spokojnie. Spodziewałaś się tu raczej Janka. Rozumiem. 
- No na pewno nie ciebie maciek - burczę 
- Ale musieliśmy znaleźć jakiś sposób żeby z tobą porozmawiać. Coś nie wierze że jak bym przyszedł do ciebie pod drzwi, to czy byś mnie przyjęła. I dzisiaj gdyby nie jeszcze siedzący tu Ian, też nie miał bym komu się tłumaczyć. 
- Możemy przejść do rzeczy? - pytam 
- Janek ma kłopot z którym nie umie sobie poradzić na skutek którego ,na siłę się od ciebie oddala - tłumaczy Ian - To jest coś o czym wie niewiele osób, domyśleliśmy się że ty jeszcze nie wiesz. Nie powiemy ci, on musi zrobić to sam. Janek radzi sobie w pewien nietypowy sposób z tym co go przytłacza. Zazwyczaj kiedy tak sobie radził byliśmy blisko. 
- Ale teraz od dwóch dni zapadł się pod ziemie. Wiemy że ty wiesz gdzie on jest. Jemu trzeba pomóc. - dodaje Maciek 
- On pije, to jest ten nietypowy sposób. I tak macie rację wiem gdzie on jest - dukam. 
- Skąd wiesz że pije? 
- Derek mi powiedział że zabrał wódkę z clubu. Jeśli chodzi o pomoc, ja chyba nie jestem najlepszą osobą, skoro chce się oddalić. - mówię ze smutkiem 
- Sęk w tym że jesteś, bo on cię kocha i cię posłucha.  
- On mnie? - nie za bardzo wierzę 
- Tak on ciebie. A ty jego prawda? - Maciek nie ukrywa nadziei w głosie
- Prawda. On jest dla mnie kimś naprawdę ważnym. 
- Wiemy. Blanka pomóż mu - Ian prosi - On jest dla nas jak brat, najbliższy członek rodziny. Dla nas obu. 
- Zrobię co będę mogła naprawdę. - wysiadam z samochodu - Sama do niego pojadę. Dziękuję. 
- To raczej my powinniśmy podziękować. Blanka jesteś świetną dziewczyną, naprawdę na siebie zasługujecie. 
Odchodzę. Wsiadam do pierwszej zatrzymanej taksówki. 
On mnie kocha. 
Ja kocham jego. 
Tylko dlaczego nie mogłam wyznać po raz pierwszy tego jemu, tylko jego przyjaciołom?  
Na to pytanie, nie ma w tej chwili konkretnej odpowiedzi. 
Całkowitą prawdą jest to że po za mną nikogo w jego apartamencie nie było. Jest to dość dziwne, ale to jego prywatność i ja ją szanuje. Taksówka się zatrzymuje, już dotarłam. Wchodzę do budynku, niezauważalnie przemykam obok recepcji, jak ja to nazywam, i udaje się do windy. 
Co powiem?
Czy w ogóle go zastanę?
Może mnie jeszcze wyrzucić. 
Jak na mnie zareaguje?
Co ja powiem? 
Jak się zachowamy?
Kiedy tylko wydostaje się z windy, zmierzam w stronę z której dochodzą jakiekolwiek dźwięki. Kuchnia, tam właśnie jest. 
- Może już wystarczy? - pytam, oparta o futrynę. Tak, weszłam bez pukania. Weszłam w chwili w której przechylał butelkę, do ust. 
- Dzisiaj dopiero się rozkręcam - pije. Jest bez koszulki, w samych krótkich spodenkach.  
- Skończ - wyrywam mu butelkę i całą jej zawartość wylewam do zlewu 
- Czy ciebie pojebało? Wiesz ile to kosztuje? - przyciska mnie do szafki przy zlewie 
- Nie i nie. Ale jeśli to takie drogie to powinieneś to sprzedać, a nie samemu chlać na umór - nie tracę zimnej krwi 
- Co za spostrzegawczość - warczy. Otwiera szafkę nad nami i wyciąga kolejną butelkę - Blanka idź do domu, wiesz już gdzie są drzwi - mówi przygaszony 
- Dlaczego Janek? Naprawdę tego chcesz?
- Wyjdź - odrywa się ode mnie i odchodzi z butelką wódki w ręku.
I co? 
Co mam teraz zrobić?
Nie umiem mu pomóc, po prostu. Nie wiem dlaczego kazał mi wyjść, lecz jeśli właśnie tego oczekuje. Trzaskam drzwiami. Lecz pozostaję wewnątrz apartamentu. Nie. To się nie może tak skończyć. Idę tam gdzie poszedł i on. Wchodzę do jego sypialni. 
- Oddaj- wyciągam rękę po butelkę - Proszę cię, oddaj. 
- Nie wyszłaś - mówi jadowicie 
- Nie. To jak? Kończysz? Oddaj - nalegam 
- Po co tu w ogóle przyszłaś? Nie jestem ci potrzebny. Jesteś szczęśliwa. - dlaczego on tak mówi?
- Bez ciebie nigdy nie jestem szczęśliwa. Jesteś mi potrzebny, nawet nie wiesz jak bardzo. Oddaj - proszę 
- To nie może tak wyglądać - sam odkłada butelkę - Nie możemy być razem. To po prostu nie realne. 
- Dlaczego? - chce mi się płakać - Dlaczego? Jasiek. 
- Ona też do mnie tak mówiła. - nie rozumiem 
- Kto?
- Moja mama. Nie żyje od sześciu lat, wczoraj była rocznica. 
- Przykro mi. Ja nie wiedziałam. Byłabym przy tobie, chciałabym pomóc. 
- Właśnie chodzi o to że ciebie ma nie być. Ja nie jestem najlepszą osobą dla ciebie. Blanka, ja nie dam ci szczęścia. Nie chcę cie krzywdzić - odsuwa się ode mnie dalej, do okna 
- Nie krzywdzisz mnie - to co się dzieje jest straszne 
- Ale zacznę! Tak samo jak mój pierdolony, chuj ojciec! - krzyczy 
- Jasiek, wybacz ale nie rozumiem - jestem zdezorientowana 
- Moja mama była najpiękniejszą kobietą na świecie. Była młoda, inteligetna, dowcipna kiedy poznała mojego ojca. Kochali się. Tylko on bardzo chciał mieć ją dla siebie, własność. Ona choć z małej wioski, chciała mieć swój świat, swoje poglądy i całą resztę. Ale on nie, nalegał na ślub, zapewnia że kocha i takie inne duperele. Jak nie chciała się zgodzić po prostu zrobił jej dziecko, ja, i musieli wziąć ślub. I zaczęło się istne piekło. Kontrola, kontrola i jeszcze raz kontrola. Mama była nie ugięta, pyskowała, krzyczała. On i tak sobie poradził. Wiesz jak? Moja mama była bita i gwałcona przez własnego oszalałego z zazdrości męża. Ciągle pijanego, męża. Chore, ale prawdziwe. A ja nic nie mogłem zrobić. Nasze każde wspólne wyjście bez powiedzenia jemu było przepłacane karą, tak samo jak każda inna rzecz która mu się nie spodobała. Wiesz jak to jest słyszeć krzyki i płacz własnej matki? Albo jak po kolejnym razie przychodziła i płakała tuląc mnie do siebie, wiesz jaki to było straszne? Albo jej widok po tym co jej robił? A najgorsze że wszystko prze ze mnie, gdybym się nie urodził nie została by z tym chujem, nie. To było piekło. A ja nie mogłem nic zrobić żeby temu zaradzić. Moim marzeniem było go zabić, tyle, po prostu. Żeby nie cierpiała. Chciałem dla niej ulgi. by była szczęśliwa. 
- Janek... - chce przerwać. To co mówi jest okropne i przykre. 
- I mam 12 lat - nie zwraca na mnie uwagi - Za dużo rozumiem, za dużo mówię i ona za to płaci. Zero szczęścia, nic. Wyjechaliśmy, bez jego wiedzy do dziadka. Przyjechał zabrał ją. I wiesz co? Nigdy więcej jej nie zobaczyłem, nigdy. Wypadek. Ja wiedziałem że to nie był wypadek. To była zazdrość, głupota i impulsywność. Tylko tyle. A ona nie żyje. Dałbym wszystko żeby ze mną była, wszystko żeby była ona, nie on. Może to głupie, mam przecież 18 lat, ale mam też pełną świadomość tego że to prze ze mnie. Że tak wiele cierpiała. Moja mam nie była szczęśliwa. 
- Jasiek... - w moim głosie jest nutka błagania, podchodzę do niego bliżej - Tak bardzo mi przykro
- Mnie też, dlatego nie chcę by i ciebie to spotkało. Nigdy. 
- Ale... - dalej nie rozumiem 
- Boję się że będę taki jak on, że cię skrzywdzę, może nie aż tak brutalnie. Boję się że nie będziesz się uśmiechać. Nie zniósł bym tego. Ja chce żebyś była szczęśliwa, a ja nie mogę ci tego dać. 
- Możesz. Janek, proszę cię - to co mówi jest straszne
- Najlepiej będzie jak wyjdziesz, nie wrócisz i zapomnisz. Najlepiej dla ciebie - głos mu się łapie - Ja nie chce by spotkało cię to co moją mamę, powinnaś być szczęśliwa, obie powinniście być. Obie - cofa się jeszcze bardziej, po jego twarzy płyną łzy. Teraz wszystko co pamięta przewija się w jego umyśle jak film. Wiem to, bo doskonale to znam. 
Przybliżam się do niego. Stajemy twarzą w twarz a ja łącze nasze wargi w pocałunku. Stoję na palcach. Czuje jak nasze łzy łączą się w jedno. Całuje go mocniej by poczuł że nie chcę odejść. Że będę zawsze. 
Odrywamy się od siebie, a ja czule zdejmuje łzy z jego policzków ustami. 
- Nigdy nie będziesz taki jak on, nie mógłbyś. Nigdy byś mnie nie skrzywdził. Nigdy - całuje go jeszcze raz - Jesteś inny niż on. Jasiek nie zostawiaj mnie - błagam 
- Blanka ja... ja po prostu się boję, że cię skrzywdzę. Nie chce, uwierz mi.
- Wierzę. Nigdy nic złego mi nie zrobisz. Nie. Po prostu, nie. 
- Dlaczego tak we mnie wierzysz? Blanka, ja nie...
- Kocham cię Jasiek, kocham cię - udaje mi się powiedzieć, przytulam się do niego - Nie zostawiaj mnie - płacze, on nie może odejść
- Blanka... - podnosi mnie i trzyma w swoich ramionach chowają głowę w zagłębienie mojej szyi - Blanka ja ciebie też kocham. Nie chcę dla ciebie niczego złego. 
- Więc mnie nie zostawiaj, nie rób tego - przytulam się jeszcze mocniej 
- Jesteś pewna że tego chcesz? 
- Ja tego pragnę. Chcę ciebie, bardziej niż czegokolwiek na świecie, tylko ciebie Jasiek - wzdryga się - Jeśli nie chcesz, nie będę się do ciebie tak zwracała, mogę tak nie mów...
- Tak jest doskonale. Kocham cię. 
- Ja ciebie też
- Zostaniesz? Chcesz? 
- Zostanę. Tylko jest jeden warunek.
- Jaki?
- Musisz dać mi swoją koszulkę, nie mam pidżamy. I zostanę, ile tylko będziesz mnie chciał. 
- Nie ma możliwości żebym cię nie chciał - całuje mnie - Nawet cię teraz nie wypuszczę - obiecuje 
- Nie chcę byś to robił - wtulam się w jego nagi tors
                                                               Janek
- Na kolację za wcześnie, na obiad za późno. Możemy iść się przejść - proponuje, siedzimy przy wyspie w kuchni. Wyszedłem dopiero co spod prysznica.
- A nie możemy zostać tu? - jęczy Blanka pijąc kawę - Po za tym trzeba posprzątać ten chlew. Zapuścić tak mieszkanie w cztery dni? - krytykuje
- U ciebie nie jest lepiej - odgryzam się
- Ja maluje a nie pije. 
- Blanka, możesz przestać? Zrozumiałem. 
- Cieszę się. Ale i tak tu posprzątamy. 
- Nie będziemy sprzątali mi mieszkania - protestuje 
- Zakład? - wstaje i zaczyna zbierać rzeczy. Wrzuca je do kosza. Siedzę nie wzruszony, nie będziemy sprzątać. 
- Jesteś jak osioł. Uparta. - zauważam
- Jak dla mnie to komplement - otwiera szafkę nad zlewem - Nie zły arsenał - mówi na widok ilości butelek trunków wysoko procentowych 
- Miałem zamiar pić tak długo, aż uznają mnie za zaginionego i powiadomią policję - wstaje, zamykam szafkę i chcąc nie chcąc pomagam jej sprzątać.
- Już uznali - mruczy Blanka 
- Co ty nie powiesz? Dlatego przyszłaś? - nie wiem dlaczego ale się denerwuje 
- Wolałbyś żeby mnie tu nie było? 
- Jasne że nie. Cieszę się że jesteś. Nie było pytania. Nie chce się kłócić - przytulam ją od tyłu 
- I bardzo dobrze, ja też nie. Teraz do garów, same się nie umyją - zabiera moje ręce z jej brzucha i wydostaje się z uścisku
- Jak sobie życzysz skarbie, już się biorę do roboty - zakasam rękawy w powietrzu, nadal jestem bez koszulki
- Ma być na błysk - zastrzega 
- Na błysk - potwierdzam
Szczerze, to ja prawie nigdy nie myłem naczyń, nie licząc przepłukiwania szklanek, to nigdy. Spowodowane jest to tym że przychodzi do mnie pani Józia, pomoc domowa, która pracowała u mojego dziadka. Nalewam wody do zlewu, wkładam tam brudne naczynia i dolewam płynu do mycia naczyń, nie małą ilość. Robi się dużo piany, wnioskuje że to dobrze. Sięgam po talerz, ale nie mam czym go umyć, zmywak leży za zlewem. Pochylam się tak aby nie uderzyć się o szafkę nad moją głowę i sięgam po zmywak. Czuje jak ciepła, lepka piana przykleja się do mojego nagiego torsu. Niech to szlag! Będę musiał się jeszcze raz wykąpać.
Odwracam się na dźwięczny ton śmiechu Blanki. Mnie to w ogóle nie śmieszy. 
- Janek ty przecież masz zmywarkę - śmieje się jeszcze głośniej. Nie mogła tego wcześniej powiedzieć? - Wyglądasz jak wata cukrowa - łapie się za brzuch 
- No to chodź się przytulić do twojej waty cukrowej - rozkładam ręce - Tuli, tuli - idę w jej kierunku 
- Nie! Jasiek! Nie! - ucieka z krzykiem 
- I tak cię znajdę! - ostrzegam i ruszam za nią. Na moje szczęście, a jej niestety nie, jestem szybszy i łapie ją nim zamknie się w łazience. 
- A nie mówiłem - obejmuje ją przyszpilając do ściany tak że nie ma pomiędzy nami żadnej przerwy. Całuje ją mocno i zdecydowanie. Podnoszę jej nogi na wysokość moich bioder, trzymam ją. Blanka zarzuca mi ręce na szyję, i bawi się moimi włoskami na karku. Całujemy się łapczywie. Obejmuje ją mocniej i nie odrywając od niej swoich warg, ruszam z nią do sypialni. Kiedy nogami wyczuwam łóżko siadam na nie i ciągnę Blanke za sobą. Siada na mnie okrakiem i pogłębia nasz pocałunek. Jedną ręką łapie ją za włosy, drugą wkładam pod mokrą bluzkę, ale gdy tylko dotykam jej gorącego brzucha Blanka się cofa. 
- Nie, Jasiek. Jeszcze nie - łapie za moją rękę i wysuwa spod swojej bluzki. Jestem zdziwiony i zdezorientowany jeszcze żadna dziewczyna nie kazała mi przestać. Widać ta moja jest jedyna w swoim rodzaju. 
- Nie - potwierdzam - Jeśli tylko będziesz gotowa - nie no to jakoś głupio brzmi - Blanka spokojnie, nikt cię do niczego nie zmusza, spokojnie. Naprawdę. Spokojnie - przytulam ją do siebie, niech czuje się bezpiecznie w moich ramionach 
- Dziękuję - mruczy i przysuwa się do mnie bliżej 
- Nie ma za co. To mój obowiązek cię chronić, Blanka. I mam nadzieję że dobrze sobie z tym radzę. 
- Doskonale. Jasiek? 
- Tak?
- Daj mi suchą bluzkę. 
Uśmiecham się na jej żądanie.
- Dla ciebie wszystko skarbie - zdejmuje ją z moich kolan i sadzam obok, sam wstaje i podchodzę do szafki - Bluzkę czy koszulę? 
- Obojętne.
Wyjmuje to co jest akurat pierwsze z brzegu czyli moją czarną koszulę. Podaje ją Blance.
- Mam już taką u siebie w mieszkaniu - mówi 
Patrzę na nią pytającym wzrokiem.
- Zostawiłeś ją u mnie w noc kiedy przyszedłeś do mnie po naszej wizycie w clubie - wyjaśnia cicho 
- Yhym - przyjmuje to do wiadomości - To było twoje pierwsze i ostatnie wyjście do clubu - dodaję 
- No nie zupełnie - mówi zmieszana 
- Pójdę zamówić coś do jedzenia - proponuje - I wszystko mi opowiesz, jeśli zechcesz, ma się rozumieć. 
- Ma się rozumieć - powtarza - Nie ma sprawy, będzie jak u spowiedzi. 
- Już nie mogę się doczekać - wychodzę, kiedy odkleiła od siebie mokrą bluzkę. Muszę przyznać jest strasznie seksowna w mokrej bluzce. Wróć. Blanka we wszystkim jest seksowna. 

2 komentarze:

  1. Niestety na razie nie mam czasu, co wiąże się z tym że nie mogę pisać :(
    Następny rozdział mam nadzieje że za tydzień.

    OdpowiedzUsuń